• Wpisów: 21
  • Średnio co: 94 dni
  • Ostatni wpis: 5 lat temu, 12:25
  • Licznik odwiedzin: 2 822 / 2081 dni
 
marzyyycielka
 
Uśmiech...To...Magia...: *ROZDZIAŁ XII*

...Przed szkołą stał Harry z wielkim bukietem różnokolorowych kwiatów i ogromnym, pluszowym misiem. Zaskoczył mnie fakt, że Liam i Caroline trzymali się za ręce, a Louis przytulał Mischell.

- Co wy tu robicie? - zapytałam z zaciekawieniem
- My nic, tylko przyjechaliśmy wcześniej i chcemy cię zabrać na piknik  - oznajmił Harry z wielkim uradowaniem
- A Zayn i Niall gdzie są? Hmm…Widzę że coś mnie ominęło – mówiąc to spojrzałam kątem oka na Mischell i Caroline.
- Zayna i Nialla gdzieś wcięło,  a my nie traćmy czasu tylko chodźmy bo głodny jestem – powiedział Hazza łapiąc mnie za rękę
- Harry to ty czy Niall? – zaśmiał się Liam

Po dość krótkim spacerze znaleźliśmy piękne miejsce w parku na soczyście zielonej trawie, niedaleko fontanny. Louis z Liamem rozłożyli koc w paski, a Harry położył wielki, wiklinowy kosz piknikowy. Usiedliśmy wtapiając się wzrokiem w widok dużego stawu, w którym pływały kaczki, a para ludzi w starszym wieku płynęła w oddali łódką.

- Jejku, ale tu pięknie – zachwycała się Caroline
- Dobra koniec tych czułości, bo jestem głody – przerwał Harry dobierając się do jedzenia.

W koszu znajdowało się pełno kanapek różnego rodzaju, pełno owoców, babeczek i ciastek. Widać było, że wszystkim doskwierał głód, ponieważ cały prowiant szybko zniknął z koszyka.  Czas również jak to jedzenie szybko mijał na rozmawianiu, wygłupianiu się, grze w piłkę nożną i rzucaniu frisbee, które Liam pożyczył od  małego chłopca, które szybko uciekło do mamy, gdy tylko zobaczyło wysokiego szatyna stojącego nad nim. Najpiękniejszy widok był kiedy pomarańczowe słońce zatopiło się na powierzchni wody.

- To co czas zakończyć chyba ten wspaniały dzień – oznajmił Louis
- Choć zabieram cię jeszcze na spacer – powiedział Harry łapiąc mnie za rękę. Choć robiło się już ciemno to czułam się bezpiecznie, ponieważ cały czas był przy mnie mój ukochany brunet.
- Gdzie idziemy? – zapytałam, ponieważ szliśmy już przez dłuższy czas
- Yyy…już jesteśmy na miejscu
Doszliśmy do rzeki, która nocą wyglądało przepięknie.
- Chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham – powiedział Harry zakładając mi na szyi srebrny łańcuszek z zawieszką w kształcie serduszka z wygrawerowanym napisem „Harry”.
-  Dziękuję ci, nie potrzebowałeś… i też cię bardzo… -przerwał zdanie mi chłopak zatapiając swoje usta w moich.
- bardzo kocham – szepnęłam w ucho brunetowi.

Chciałabym żeby czas wtedy zatrzymał się, ale niestety nie chciał, a do tego nagle zaczął padać deszcz. W biegu, cali mokrzy dobiegliśmy do domu. W środku z kubkami gorącej herbaty czekała na nas Mischell.

- Boże jak ja cię kocham - powiedziałam mojej kochanej przyjaciółce za całą troskę
- Ej ej...przed chwilą to mi mówiłaś, że mnie kochasz, jak możesz - udał obrażonego Hazza
- Przecież wiesz, że ciebie też kocham, mojej miłości wystarczy dla wszystkich – pocałowałam loczka na pocieszenie – dobrze ja już idę spać, bo jutro z rana płynę do Fermoy, w Irlandii, więc dobranoc.

Kładąc się do łóżka usłyszałam skrzypot drzwi.

- Emma śpisz? – był to głos Harrego
- Nie, już nie śpię
- Ooo skoro ty nie śpisz i ja też nie śpię to może pomogę ci policzyć barany? – zaproponował Hazza wskakując jednocześnie do mojego łóżka
- Widzę, że już nie mam wyjścia
- Hmm…nie masz… to co liczymy?...jeden
- dwa
- trzy… a nie to nie baran to krowa, więc się nie liczy – i tak przy 74 owieczce usnęłam w ramionach swojego lokowatego baranka.

Rano zamiast swojej owieczki zastałam tacę z pysznie wyglądającym śniadaniem i karteczką „Wstawaj śpiochu” z dopiskiem „ Twój Baran”. Najgorsze w dzisiejszym dniu było to, że musiałam się rozstać z Harrym na bardzo długi czas, ponieważ chłopaki mieli właśnie trasę koncertową. Szybko spakowałam swoje rzeczy i ogarnęłam się. Schodzą na dół chłopaki też stali z swoimi walizkami, lecz do portu miał mnie zawieść ich ochroniarz Andy.

- Nie martw się Irlandia to naprawdę fainy kraj – powiedział łagodnym głosem Niall.

Żegnając się z wszystkimi popłynęły mi łzy, a w dodatku ochroniarz poganiał mnie, żebym się nie spóźniła. Wsiadając na prom poczułam silny ból serca. Był to ból związany z miłością do tego miasta i do jego mieszkańców. Po godzinnym płynięciu dotarłam wreszcie do Fermoy. Mieszkańcy wydawali się być całkiem mili. Musiałam nieźle się natrudzić żeby odnaleźć ulicę, na której znajdował się mój nowy dom.  W końcu znalazłam go z starymi,  zielonymi drzwiami. Zapukałam i po chwili drzwi otworzyła mi postać, której w życiu bym się tu nie spodziewała…

Nie możesz dodać komentarza.

 
  •  
     
    Hahahahaha i zacytuję Cię z gg : no my idea are to ass.
    Jeszcze raz tak powiesz to nie puszczę Harrego spod mojego łóżka do Ciebie.!!!!!
    Barany.! i Krowa..! hahahaha; D
    Nareszcie napisałaś.!!! <3